I w końcu wstał, ulepiony z gliny, dokładnie tak, jak zamierzyli bogowie. Obce ciało, do którego był przywiązany, odczuwało ból. Jego powieki drżały, gdy światło docierało do jego gałek ocznych – ostre i jasne, zupełnie inne od ciemności, do której się przyzwyczaił. Pod stopami poczuł coś miękkiego i ciepłego, coś, co otulało zamarzniętą glinę.
Głowa pękała mu, gdy myśli zaczęły pojawiać się jedna po drugiej, nieubłaganie, jak rzeka pchana do przodu przez obcy głos. Głos, który boleśnie przebijał się przez uszy, zatrzymując się gdzieś między oddechem a zdrętwiałymi nogami.
- Theodor, Theodor… - Niski, męski głos powtarzał się w zapętlonym rytmie. - Theo. - Był wytrwały, nieustępliwy, jakby nie pozwalał mu zapomnieć. - Theodor! - Stawał się coraz głośniejszy, coraz bardziej irytujący.
Chciał krzyknąć na osobę, która go obudziła, żeby w końcu się zamknęła. Zamiast tego gwałtownie otworzył oczy, a potem znowu je zacisnął, próbując dostosować się do nagłej zmiany. Ale widok przed nim poruszył coś dziwnego, coś nieznanego. Jego serce waliło jak szalone, pozbawiając go jakiegokolwiek poczucia spokoju.
Nagły skurcz uderzył go w żołądek. Mdłości podeszły mu do gardła. Obrócił się gwałtownie i zwymiotował.
Gdy w końcu złapał oddech, otarł twarz dłonią. Jego spojrzenie padło na postać przed nim. Bladą jak śnieg. Albinosa. Obcą, a jednak znajomą. Coś w niej pulsowało w jego wspomnieniach. Nieznane uczucie pchało go w jej stronę.
- Dziewczyna! - krzyknął nagle. Jego dłonie zacisnęły się na jej ramionach. Była krucha. Zbyt krucha. Zaczął nią potrząsać. - Znasz ją?! Gdzie ona jest?!
Ciało kobiety kołysało się bezwładnie. Serce waliło mu w piersi jak ptak uwięziony w klatce.
- O kim mówisz?! - męski głos przeciął powietrze. Silne ręce pociągnęły go do tyłu.
- Ta niebieska! - warknął. - Kobieta ze snu!
Zamiast opuścić ręce, zwrócił się w stronę źródła głosu. Zobaczył mężczyznę.
A potem czas się zatrzymał.
Chłopiec wyglądał, jakby nie należał do tego świata. Był zbyt wyrafinowany. Każdy szczegół jego twarzy i ciała wydawał się celowy.
Miedziano-złote włosy opadały w artystycznym nieładzie. Jego brwi były gęste, ale proporcjonalne. Smukła, męska twarz. Kości policzkowe ostre jak ostrze. Ciepła, muśnięta słońcem skóra.
Ale jego oczy…
Jeden był bursztynowo-złoty. Drugi – turkusowo-szary. Słaby blask migotał w ich głębinach. Ledwo zauważalny. Jak płomień na wietrze.
Rudzielec miał pełne usta, mały nos i szerokie ramiona. Wyglądał jak postać z gry – idealny, niemal nierealny.
I wtedy zauważył pewien szczegół.
Jego uszy.
Lekko wystający.
Coś tak małego, a jednak kłóciło się z resztą.
I nagle cały chaos w jego głowie ucichł.
Ponieważ ten chłopak… był boleśnie znajomy.
- Zakochałeś się. - Głos nieznajomego przeciął ciszę niczym ostrze.
Theodor zmarszczył brwi. Słowa mężczyzny brzmiały jak żart, ale w jego tonie było coś więcej.
- O kim mówisz? - Rudzielec przechylił głowę, uważnie go studiując. - O jakiej kobiecie ze snu? I dlaczego w ogóle o niej mówisz? - Zmarszczył brwi, jakby próbował rozwiązać zagadkę. - Czy ty w ogóle znasz swoje imię?
Nazwa przyszła mi do głowy natychmiast.
- Teodor.
To było jedyne słowo, które wydawało mu się znajome. Jedyne, które krążyło mu po głowie odkąd się obudził.
- Theodor - powtórzył głośniej.
Ich oczy się spotkały.
A potem coś się zmieniło.
Jakby na ułamek sekundy czas zatrzymał się w tym cichym starciu spojrzeń. Obraz kobiety ze snu rozmywał się z każdą mijającą chwilą. Była tak blisko, a teraz… rozpływała się w nicości. Czuł się, jakby dryfował, jakby coś wyrwało go z jego własnego umysłu.
Kim on naprawdę był?
- Kim... jestem? - wyszeptał ledwo słyszalnie.
Nikt nie zareagował.
Obok nich, na skraju łóżka, siedziała albinoska dziewczyna. Lekko się kołysała, jakby próbowała odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Jej ręce ściskały gardło. Jej oddech był szybki, nierówny.
Theodor wciąż patrzył przed siebie, jego twarz była napięta i pełna zdziwienia.
Minęła minuta.
Tylko piskliwy głos dziewczyny przerwał ciszę.
Podniecenie w jej głosie było jak dzwonienie dzwonka. Theodor wzdrygnął się, jakby ktoś wyrwał go z transu. Jego spojrzenie natychmiast powędrowało w jej stronę.
A ruda?
Uśmiechnął się tylko. Jakby wiedział coś, czego Theodor jeszcze nie zrozumiał.
- Ty? - zapytał, rozglądając się po pokoju. Znajdował się w jakiejś małej, białej przestrzeni, znacznie mniejszej niż te, które pamiętał wcześniej. Wysokie, białe sufity, białe panele na podłodze. Na ścianie po jego lewej stronie znajdowały się ogromne okna rozciągające się od podłogi do sufitu, zasłonięte szarymi żaluzjami, które tylko częściowo przyciemniały pokój. W jednym kącie stał jasnobeżowy fotel. Theodor spojrzał w stronę bliższą sobie – zauważył biały stolik przy łóżku, który wyglądał zwyczajnie, częściowo metalowy. Nad nim wisiał świeży wlew dożylny. Po prawej stronie stało kolejne łóżko, a przy drzwiach dwie białe szafy. Na przeciwległej ścianie, obok dziewczyny, wisiał telewizor, a pod nim półka z drobnymi przedmiotami – w tym pilotem.
- Nie pamiętasz mnie? - zapytała dziewczyna. Jej słaby głos odbił się echem w ciszy. Zawahała się na moment, jakby szukała odpowiedzi w oczach Theodora. Szybko podniosła głowę, próbując powstrzymać napływające łzy. - Raz... dwa... trzy... - policzyła cicho, po czym wzięła głęboki oddech, patrząc na niego z nadzieją.
Theodor, nie znając jej, poczuł dziwny dyskomfort. Poczuł, jak coś w nim pęka, jakby każda łza, którą wylała, wstrząsała nim od środka, choć nie miał pojęcia dlaczego.
- Jestem Ignacy - powiedział mężczyzna siedzący za nimi. Theodor odwrócił się w jego stronę, nie chcąc już patrzeć na albinoską dziewczynę. - A ona... - zamilkł. - Ta dziewczyna to Nulla, twoja...
- Jestem twoją siostrą - przerwała mężczyźnie, jej głos był pełen łez. Theodor znów zwrócił się do niej. - Chcesz usłyszeć wszystko teraz? - zapytała, pozwalając płynąć kolejnym łzom. Jej głos, choć pełen smutku, nie zadrżał.
- Może nie teraz - odpowiedział Ignacy. Jego ton był spokojny, jakby chciał go uspokoić. - Chłopiec właśnie się obudził.
- No i co?! - krzyknęła, jej policzki pokryły się rumieńcem, widocznie drżały ze wzruszenia. - On mnie nie pamięta! Nie pamięta! - krzyknęła, jej głos był pełen rozpaczy.
- Jak wszyscy - odparł Ignacy spokojnie, jakby przyzwyczajony do takich sytuacji. - Nie jesteś jedyny - dodał ostro, rzucając Nulli wymowne spojrzenie.
Podczas ich krótkiej kłótni Teodora ponownie ogarnęło uczucie dyskomfortu.
- „Obudziłem się" - powtórzył cicho pod nosem, a słowo utkwiło mu w głowie. Nie wiedział, co myśleć. Czy to wszystko był sen? Jeśli tak, to dlaczego nie mógł sobie niczego przypomnieć? Jego myśli krążyły, a ból głowy stawał się coraz bardziej nie do zniesienia, jakby brak informacji wytrącał go z równowagi.
W końcu chęć zobaczenia samego siebie przerwała mękę.
- Masz lustro? - zapytał nagle, przerywając słowną potyczkę między dwoma nieznajomymi.
Odbicie w telewizorze nie wystarczyło – nie widział siebie wyraźnie. Nie chciał prosić dziewczyny, żeby się przesunęła; wydawało mu się to niestosowne.
- Naprawdę nic nie pamiętasz? - zapytała ponownie, a jej głos był przepełniony smutkiem. Po chwili milczenia dodała cicho: - Nawet siebie?
Jej słowa, wypowiedziane tak delikatnie, że Ignacy zdawał się ich nie słyszeć, przebiły umysł Teodora. Jej spojrzenie sprawiło, że poczuł się badany, jakby badała go wzrokiem rentgenowskim, patrząc na niego prosto przez niego.
Ignacy, zauważywszy milczenie ojca, podał mu lusterko.
- Proszę - powiedział rudzielec, wyciągając z kieszeni małe, czarne lusterko. - Wziąłem je z szafki twojego byłego współlokatora - dodał, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmieszek.
Teodor nie miał pojęcia, co mogłoby go rozbawić. Atmosfera w pokoju była zimna i napięta, a dziwna pozytywność Ignacego wydawała się zupełnie nie na miejscu.
Teodor chwycił lustro lewą ręką. Było małe, ale wystarczająco duże, by zobaczyć wszystko, czego chciał. W odbiciu zobaczył ciemnoblond włosy, potargane, rozczochrane i splątane, jakby nikt o nie nie dbał od dłuższego czasu. Niektóre pasma były nawet splątane, ale włosy nadal miały niesamowity, naturalny blond odcień – taki, do którego, jak sobie wyobrażał, kobiety mogłyby dążyć. Przesuwając wzrok dalej, zauważył swoje zimne, niebieskoszare oczy, przypominające lodowaty błękit zimowej burzy. Jego skóra była blada, lekka jak kartka papieru. Na policzkach miał tylko delikatne różowe rumieńce, które wyglądały na dalekie od naturalnych, sprawiając, że Teodor zastanawiał się, czy nie był to efekt uboczny pobytu w szpitalu.
Spojrzał na albinoską dziewczynę. Jej skóra była nieco bledsza od jego, ale nadal tak samo blada. Ponieważ twierdziła, że są rodzeństwem, połączył fakty i doszedł do wniosku, że jego skóra również prawdopodobnie przypominała chmury na niebie każdego dnia. Im dłużej wpatrywał się w swoje odbicie, tym mniej siebie rozpoznawał. Miał ostrą linię szczęki i nie wyglądał na kogoś z nadmiarem tłuszczu. Zamiast tego miał różowe, pełne usta i dziwnie idealne oczy. Jego uszy nie odstawały, a twarz miała męskie rysy - kości policzkowe wystające bardzo podobnie jak u Ignacego. Wydawał się być idealnym mężczyzną, nawet jeśli jego włosy były w całkowitym nieładzie. Teodor nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zadbał o siebie na tyle, by naprawić takie drobne szczegóły. Zdezorientowany i przytłoczony tym, co zobaczył, w końcu rzucił lustrem w stronę okna.
- Co do cholery?! - Ignacy podskoczył, przestraszony i zirytowany. - Czyś ty oszalał? Jesteś agresywny!
- Przestań - przerwał mu Teodor, nie rozumiejąc, dlaczego Ignacy tak go drażni, mimo że ledwo go znał. Widząc, jak Ignacy nerwowo przełyka ślinę, Teodor poczuł niewytłumaczalną frustrację. - Muszę coś sprawdzić - powiedział szybko, po czym, bez ostrzeżenia, zaczął zdejmować szarą koszulę, tę, w której spał.
- Co robisz? - zapytała dziewczyna niedowierzająco. - Rozbierasz się?
Zanim zdążyła dokończyć myśl, Ignacy podbiegł do niej i zasłonił jej oczy dłońmi. Zaskoczona dziewczyna zaczęła machać rękami, krzycząc. - Obrzydliwe, spocone świńskie ręce! - Rzucała też inne obelgi, ale Teodor przestał słuchać po drugiej. Zamiast tego przesuwał palcami po mięśniach brzucha. Czuł jego siłę fizyczną, ale nie zdawał sobie sprawy, ile mięśni tak naprawdę miał.
- ZABIERZCIE MNIE Z RĘK! - krzyczała dziewczyna, coraz bardziej wściekła.
- Nie, nie - powtarzał Ignacy. - Prawie mnie ugryzłaś! - krzyknął, odsuwając się od niej. Jego ręce pozostały na jej twarzy. - Jesteś nieletnia! Nie możesz - krzyknął, walcząc z nastolatką.
- ZABIERZ SWOJE BRUDNE BAKTERIE, ALBO OD RAZU CIĘ UDUSZĘ! - ciągnęła dziewczyna, wciąż przerażona.
- No, spróbuj. Jestem wyższy od ciebie i trzy razy silniejszy - odpowiedział pewnie Ignacy.
- Czy ona jest nieletnia? - zapytał Teodor, wciąż rozważając sytuację. Jego lewa ręka przesunęła się w stronę prawej, która wciąż była napięta dziwnym napięciem.
- Jesteś obrzydliwy - odparł Ignacy, patrząc na Teodora z obrzydzeniem. - Równie dobrze możesz zdjąć bieliznę i spodnie - dodał, rzucając mu znaczące spojrzenie.
Teodor, zdezorientowany i zirytowany, odsłonił część koca. Przez chwilę propozycja nieznajomego wydała mu się dziwnie kusząca. Krzyki dziewczyny nie ustawały, a Ignacy wściekle patrzył na półnagiego chłopca.
- Naprawdę? - zapytał Ignacy, niecierpliwiąc się po kolejnym ugryzieniu dziewczyny. Zobaczył, że Teodor nie przejmuje się tą sytuacją, co tylko go jeszcze bardziej rozzłościło.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział Teodor, prostując się i odwracając głowę w stronę okna. Nie chciał, żeby ktokolwiek zauważył, że faktycznie o tym myślał. Ciało, w którym się znajdował, było dla niego czymś nowym. Nie pamiętał go i chciał je w pełni poznać, zrozumieć.
- Już się ubierasz?! - rzucił mu Ignacy z irytacją.
- Ach, jasne - odpowiedział Teodor, przewracając się na prawy bok, by założyć szarą koszulę. - Już zrobione - dodał, poprawiając ubranie.
Ignacy puścił dziewczynę, która natychmiast odsunęła się od łóżka.
- IDIOTKO! Jestem... Jestem jego siostrą! - krzyczała wyczerpana dziewczyna, szalejąc.
- Masz jeszcze na to siłę? - odpowiedział Ignacy, wyglądając na całkowicie znudzonego. Nulla wciąż była w pozycji atakującej, patrząc na niego z gniewem, a Ignacy odwzajemnił jej spojrzenie z tą samą furią. Oboje na chwilę zamilkli, ich oczy kipiały z wściekłości. Nulla próbowała coś powiedzieć, ale skończyło się to tylko na kilku cichych wdechach pod nosem.
- Czy ona jest nieletnia? - Teodor powrócił do swojego pytania, chcąc mieć pewność.
- Jezu, ty naprawdę nic nie pamiętasz? - zapytał Ignacy, odwracając się do niego w szoku. Po chwili podszedł do łóżka, usiadł na jego krawędzi i z lekkim zdziwieniem wpatrywał się w Teodora.
- Ona już powiedziała, że nie - rzuciła z dumą nastolatka, siadając na beżowym fotelu przy oknie.
- Ona jest nieletnia - odparł Ignacy z obrzydzeniem. - Ty i ja mamy po dwadzieścia jeden lat. Czy naprawdę muszę ci to tłumaczyć?
- Ile ona ma lat? - zapytał Teodor, ciekawy, ale też lekko zdezorientowany.
- Ona ma imię - odpowiedziała chłodno Nulla, rzucając Teodorowi zimne spojrzenie.
- Przepraszam, ile lat ma Nulla? - poprawił się blondyn, starając się uniknąć nieporozumień.
- Ta szalona wiedźma - powiedział Ignacy, kiwając głową w stronę Nulli, która nie zareagowała. - Siedemnaście, osiemnaście skończy w przyszłym miesiącu - dodał lekceważąco. Teodor pomyślał, że częste wahania nastroju Ignacego były dokładnie powodem, dla którego wcześniej uważał go za irytującego.
- Jasne - odpowiedział Teodor, starając się pokazać, że rozumie sytuację. - Skoro jest moją siostrą, to znaczy... że ty... ty?
- Jestem Ignacy - odpowiedział spokojnie Ignacy. Teodor nie miał zamiaru udawać, że nie wie. - Ignacy Różański - wyjaśnił.
- A ty...? - Teodor nie rozumiejąc, zapytał rudowłosą.
- Twój brat - wyjaśnił Ignacy.
- Raczej bękart - rzuciła Nulla, bawiąc się swoimi krótkimi włosami. - Nasi rodzice adoptowali go tuż przed śmiercią, więc nawet zachował swoje stare nazwisko - powiedziała, po czym odwróciła głowę w stronę okna, wyraźnie pokazując, jak bardzo ignoruje Ignacego.
- Słyszałeś? Jesteśmy prawie braćmi - powiedział Ignacy, patrząc na Teodora z pewnym zmęczeniem w oczach.
- Nasi rodzice nie żyją - przerwał, pozostawiając długą pauzę. - Kiedy umarli?
- Jakieś dziesięć lat temu - odpowiedziała Nulla, zerkając pod szare żaluzje. Następnie wstała i stanęła na środku pokoju, jakby czekając, aż coś się wydarzy. - Powiedz mu, powiedz mu o systemie i o wszystkim innym - jej twarz stwardniała, jakby coś w niej zamarło. Przed chwilą jej emocje zmieniały się jedno po drugim, ale teraz pozostała tylko pustka. - Dorosłam...
- Poczekaj - przerwał jej Ignacy, subtelnie odrywając się od łóżka i podchodząc do stojącej kobiety. Złapał ją za nadgarstek i delikatnie przyciągnął do siebie. - Co ty robisz? Zostawisz mnie z nim? - zapytał, ale Teodor wyczuł w jego głosie coś, co nie brzmiało jak prawdziwe pytanie. Ignacy spojrzał na dziewczynę, jakby była to ostatnia rzecz, którą chciał zrobić, ale nie miał wyboru. W tym momencie Nulla złapała go za wolną rękę i pociągnęła w dół. Potem szepnęła mu coś do ucha - coś, czego Teodor nie mógł usłyszeć. Miał wrażenie, jakby został oddzielony od rodzeństwa, nie był częścią ich intymnej wymiany słów.
- Wyjeżdżasz? - zapytał Teodor, mając nadzieję, że powie mu to, co przed chwilą szepnęła Ignacemu.
- Tak - odpowiedziała, odsuwając się od Ignacego. Mężczyzna puścił jej nadgarstek, obserwując ją, ale nie próbując jej zatrzymać.
- To niesprawiedliwe! - krzyknął do niej, gdy wychodziła przez białe, szpitalne drzwi. Ignacy, sfrustrowany, zwrócił się do Teodora. - No, nieważne - powiedział, podchodząc do niego. Usiadł na sąsiednim łóżku, naprzeciwko blondynki. - Co chcesz wiedzieć? Pytaj, jestem jak wyszukiwarka - dodał sarkastycznie.
- Uciekła ode mnie, prawda? - zapytał Teodor, pochylając głowę. Jego głos brzmiał cicho, jakby wstydził się swoich uczuć.
- Mhmm, - westchnął Ignacy, potwierdzając swoje podejrzenia. - "Proszę, nie każ mi tego robić" - zacytował, patrząc na Teodora z lekkim smutkiem w oczach. - Tak mi powiedziała.
- Czy ona mnie nienawidzi? Czy to dlatego, że nic nie pamiętam? - zapytał Teodor, jego głos drżał, jakby zmagał się z poskładaniem w całość fragmentów układanki, jaką było jego życie.
- Myślę, że tak, ale ona cię nie nienawidzi - zapewnił go Ignacy, kładąc dłoń na ramieniu chłopca w geście pocieszenia. - Ona jest po prostu zdenerwowana. Czekała na ciebie dwa lata, a przed wypadkiem byłeś jej ulubieńcem.
- Mój ulubiony - powtórzył Teodor, jakby próbując zrozumieć pełne znaczenie tych słów. - To znaczy... to znaczy...?
- To znaczy, że przed wypadkiem liczyła się tylko ona - powiedział Ignacy, próbując trochę wyjaśnić. - Byłaś wszystkim, co jej zostało po stracie rodziców. Rozumiesz, że tak jak z bułeczką z kremem brzoskwiniowym - uśmiechnął się lekko Ignacy, choć w jego oczach był smutek. Teodor poczuł, że gubi się w tym, co mówił Ignacy, jakby słowa zaczynały krążyć wokół niego, nie wyjaśniając niczego. - Czekasz cały dzień na bułeczkę - kontynuował Ignacy, widząc, że Teodor nadal nie rozumie. - Powiedzmy, że pracujesz dziewięć godzin i przez cały czas myślisz tylko o tej bułeczce z kremem brzoskwiniowym. Kończysz dziewięciogodzinną zmianę, idziesz do piekarni po świeżą bułeczkę z kremem brzoskwiniowym, a jej nie ma. Więc pytasz panią przy ladzie, gdzie są twoje bułeczki z kremem brzoskwiniowym, a ona mówi ci, że mają tylko te z kremem, bo to nie sezon na brzoskwinie, więc nie nastawiaj się zbytnio. Całe to czekanie przez dziewięć godzin jest zrujnowane przez brak brzoskwiń. Pani oferuje ci bułeczkę z kremem, kupujesz ją, bo nic innego nie ma. Jest dobra, ale wiesz, że kupiłeś ją tylko po to, żeby zaspokoić głód. W twojej głowie krążą myśli o bułce z kremem brzoskwiniowym. Z każdym kęsem czujesz, że smak bułki staje się gorszy. Chcesz ją wyrzucić, ale wiesz, że jeśli to zrobisz, będziesz głodny, więc jesz ją, aż zniknie cała, ale nadal tęsknisz za tą z kremem brzoskwiniowym. - Ignacy dokończył swoją opowieść, biorąc głęboki oddech, jakby cała ta metafora wyssała z niego resztki energii.
- Rozumiesz, co mówię? - dodał lekko zdyszany.
- Trochę tak - odpowiedział Teodor, czując się zdezorientowany, ale też nieco przygnębiony. - Miałem wrażenie, że porównywano mnie do nieprzyjemnej bułeczki.
- Dobrze - Ignacy skinął głową, lekko przewracając oczami. - A teraz przejdźmy do ważniejszych spraw - dodał, zerkając na Teodora, jakby przygotowywał go na coś, co miało się wydarzyć.
- To znaczy...? - zapytał Teodor, wciąż czując, że nie rozumie sytuacji. Myśl o bułce, która tak zdominowała jego wyobraźnię, wciąż tkwiła w jego umyśle. Jedno zrozumiał: Ignacy próbował wciągnąć go w coś, czego Teodor jeszcze nie mógł pojąć, w coś, co było zbyt skomplikowane. W tym momencie Teodor poczuł się trochę upokorzony. Jego umysł próbował połączyć wszystkie fragmenty, ale im bardziej próbował, tym bardziej czuł się zagubiony.
- Mogę rozmawiać? - zapytał Ignacy, zauważając roztargnienie na twarzy brata. Widział, jak Teodor zaczyna się wyłączać, jak jego myśli błądzą gdzieś daleko. Ale ciekawość szybko wzięła górę nad wszystkimi innymi uczuciami, a chłopiec skinął głową, dając znać, że słucha. - Powiem ci, dlaczego tu jesteś i o systemie.
- System? - przerwał mu Teodor, a samo to słowo sprawiło, że dreszcz przeszedł mu po kręgosłupie. Poczuł zimny dreszcz na myśl o tym słowie. Nie wiedział dokładnie, czym był ten system, ale wiedział, że wolałby nie wiedzieć. Chciał, żeby nie miał nic wspólnego z jego życiem.
- Tak, system - powtórzył Ignacy, coraz bardziej zmęczony nieporozumieniem. W jego oczach widać było cierpliwość, ale i determinację. - Zacznijmy od początku - powiedział, biorąc głęboki oddech, jakby przygotowywał się do długiej opowieści. - Teraz musisz posłuchać. A kiedy skończę, możesz zadać mi pytania, jasne?
- Ale-ale... - wyjąkał Teodor, wciąż nie będąc do końca pewnym, czy chce usłyszeć, co Ignacy ma do powiedzenia.
- Nie ma żadnego „ale". Rozumiesz?
Ignacy nie pozwolił mu przerwać, podkreślając swoje słowa. Teodor skinął głową, choć nie był pewien, czy w pełni zrozumiał, w co się pakuje.
- Dwa lata temu, podczas testu, budynek, w którym go robiliśmy, został zaatakowany przez wschodnich aktywistów. Kiedy nas zaatakowali, wszystkie okna zostały wybite. Wszyscy, oprócz ciebie, schowali się pod biurkami, próbując się chronić, ale ty i ja siedzieliśmy razem pod jednym biurkiem. A potem, nie wiem dlaczego, ty - IDIOTO - wyskoczyłeś przez okno, krzycząc coś w języku amogu.
- Krzyczałem coś? - zdziwił się Teodor. Jego umysł nie potrafił przypomnieć sobie żadnego dźwięku, żadnych słów. Jego oczy zabłysły ciekawością, a on sam zbliżył się do Ignacego, jakby liczył na odpowiedź, jakby szukał wskazówki, co się stało.
- Coś... coś w rodzaju... - Ignacy próbował sobie przypomnieć, ale nie mógł. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie, jakby te wspomnienia były dla niego równie niejasne, jak dla Teodora. - Niebieski. - odpowiedział w końcu, pewny tylko tego słowa.
- Blue? Jesteś pewien? - zapytał Teodor, patrząc na niego ze zdziwieniem. Nie rozumiał nic, jakby ten fragment przeszłości w ogóle do niego nie pasował. Czuł, że coś mu umyka, ale nie potrafił tego pojąć.
- Niebieski... - powtórzył Ignacy, wyraźnie zirytowany tym, że nie mógł sobie przypomnieć szczegółów. - Wychyliłeś głowę spod biurka i z szybkością spadającej komety pobiegłeś do okna. - Ignacy na chwilę zamilkł, jakby wciąż słyszał w głowie echa tamtych wydarzeń. - Niebieski, niebieski... - powtórzył natarczywie, a jego głos stawał się coraz bardziej pełen frustracji, jakby każde wypowiedziane słowo ciążyło mu, przywołując ból tamtych wspomnień.
Z każdym kolejnym krzykiem, który rozbrzmiewał w głowie Teodora, czuł, jak te wspomnienia go ogarniają. Fala wstydu i upokorzenia przytłoczyła go, miażdżąc każdą jego część. Jego myśli zamazały się, a on sam poczuł się jak obcy we własnym ciele. Cała sytuacja stała się nie do zniesienia, a jego emocje zlały się w jedną, nieprzeniknioną masę.
- STOP! - krzyknął Teodor, nie mogąc już wytrzymać. Jego głos brzmiał jak krzyk z głębi rozpaczy. Nie rozumiał nic, nie rozumiał siebie, nie rozumiał tych ludzi, tego miejsca. Wszystko wydawało się obce, a on sam czuł się uwięziony w ciele, które do niego nie należało.
Ignacy zamilkł, widząc, jak Teodor zmaga się ze swoimi emocjami. Chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle. Wiedział, że to niełatwe, ale nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Czuł się winny, chociaż doskonale wiedział, że nie zrobił nic złego. W końcu przełamał się, proponując:
- Czujesz się lepiej? - zapytał cicho, nie chcąc wydawać się natarczywym, ale w jego głosie słychać było szczerą troskę. - Masz, może chcesz wody? - zasugerował, mając nadzieję, że zmyje poczucie winy.
Teodor odwrócił się, jakby próbując uciec od sytuacji. Jego wzrok padł na odległy punkt, jakby próbował w nim znaleźć spokój, spokój, który nie istniał w nim samym.
- Dam sobie radę. - powiedział chłodno, wciąż odwracając się w stronę okna, unikając wzroku Ignacego. - Czy ktoś jeszcze o tym wie? - zapytał, starając się zachować spokój, choć burza emocji w jego głowie nie ustawała.
Ignacy spojrzał na niego, widząc, jak stara się zachować maskę spokoju. Wiedział, że Teodor udaje. Wiedział, że w tej chwili nie ma niczego, co dałoby się wyjaśnić, więc po prostu zamilkł. Grał w grę, którą zaczął, udając, że nic się nie stało.
- Dam sobie radę. - powiedział Teodor, odwracając się w lewo, by nie patrzeć na nieznajomego. Uciekał wzrokiem, jakby szukał czegoś stałego, czegoś pewnego w tym świecie pełnym chaosu. - Czy ktoś jeszcze o tym wie? - zapytał, wpatrując się w odległy punkt, próbując udawać, że to oaza spokoju. Nie miał pojęcia, czy mu się to udaje, ale Ignacy, jak zwykle, grał w grę, którą zaczął, udając, że cała sytuacja nie miała miejsca.
- Nie, nikt nie widział. - Ignacy odpowiedział spokojnie, choć w jego głosie było napięcie. - Chyba że ktoś widział, ale... szczerze mówiąc, nie wiem. Wszyscy byli tak przestraszeni, zajęci ukrywaniem się podczas ataku, że prawdopodobnie nie zwracali uwagi na to, co ktoś krzyczy. - Odpowiedział z lekko ironicznym uśmiechem. - Wiesz, gdyby ktoś inny o tym wiedział, to pewnie nie leżałbyś teraz w luksusowym szpitalu, tylko byłbyś martwy. Wzięliby cię za jednego z tych aktywistów.
- Nulla? - zapytał Teodor, choć w jego głosie słychać było raczej zdziwienie niż pytanie.
- Gdybym jej powiedział, zaczęłaby się kręcić tam, gdzie nie powinna. - Ignacy wzruszył ramionami, a w jego głosie słychać było nutę satysfakcji. - Chyba dobrze, że nikomu nie powiedziałem. Wiecie, nazwijmy to po prostu naszym „bromise".
- Bromise? - Teodor uniósł brwi, zdegustowany tym określeniem. - Ile lat mamy, powiedziałeś? - zapytał z sarkazmem, trochę rozbawiony, choć nadal odczuwający ciężar sytuacji.
- No, człowieku. „Bromise", coś w rodzaju sekretu i obietnicy. Myślę, że to całkiem fajna nazwa. - Ignacy powiedział to od niechcenia, jakby cała sytuacja nie miała dla niego większego znaczenia. Jego spojrzenie było opanowane, ale jednocześnie zmuszone do zachowania równowagi w tej rozmowie, która nie mogła być w pełni otwarta.
- Zapomnij o nazwie. A co to jest ten niebieski? Czy to jakiś kod? - zapytał Teodor, choć jego myśli były rozproszone. Słowo „niebieski" wciąż rozbrzmiewało w jego umyśle, jakby ciążyło mu, nie dając spokoju.
- Kod? - odpowiedział Ignacy, jakby nie do końca rozumiał, o co chodzi. Dopiero teraz zauważył, że Teodor zaczyna się napinać, jakby zbliżał się do odpowiedzi, której nie chciał przyjąć.
Nagle pytanie Teodora wyrwało go z zamyślenia. To było jak błysk świadomości. Teodor przypomniał sobie coś, co wyłoniło się z mroku jego wspomnień.
- Znasz kobietę z długimi, niebieskimi włosami, albo sięgającymi do ramion? - zapytał niepewnie, jakby obawiał się, że pytanie to doprowadzi go do czegoś, czego nie chce pamiętać.
- Długo czy krótko? - Ignacy odpowiedział szybko, zmieniając ton na bardziej rzeczowy, jakby próbując przejąć kontrolę nad sytuacją.
- Niebieski. - Teodor nie zauważył, kiedy podszedł do brata, wciągając się w tę nieoczekiwaną część rozmowy. Zaczynał czuć, że ta kobieta ma coś wspólnego z jego snem. Z czymś, co nie miało sensu, ale wciąż nie dawało mu spokoju. Kim ona była? I dlaczego pojawiła się w jego umyśle?
- Nie, nie jest z naszego sektora - odpowiedział Ignacy krótko, niemal lekceważąco, jakby chciał zakończyć temat. - Może jest jedną z działaczek ze Wschodu? - dodał, ale zabrzmiało to bardziej jak spekulacja niż odpowiedź.
- Wschodni aktywiści? - Teodor poczuł, jak uderzają w niego niewyraźne wspomnienia, jak falujące fale, które wciąż go zalewają, a potem znikają. Chciał zapytać o więcej, ale jego umysł pogrążył się w chaosie. Nie miał pojęcia, co się dzieje, co się z nim dzieje. Czuł się, jakby był we śnie, w jakiejś dziwnej, nieprzeniknionej rzeczywistości. Jego ciało chciało biec, ale coś trzymało go w miejscu.
- Muszę zachować spokój. - mruknął cicho do siebie, zaciskając pięść pod kocem, jakby to miało mu pomóc się uspokoić.
- Coś mówiłeś? - zapytał Ignacy, zauważając, że Teodor otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Ale potem dodał: - Zapomnij, nic nie mów. - zanim Teodor zdążył odpowiedzieć. - Odbiegliśmy od tematu. - stwierdził Ignacy, patrząc na brata z lekką irytacją, ale też zrozumieniem. Wiedział, że teraz nie czas na wyjaśnienia, na rozwikływanie tych wszystkich wątków. - Więc system... - jego słowa odbiły się echem w ciszy, a Teodor poczuł, jak wszystko w jego umyśle zaczyna się łączyć. To była ta kluczowa część, na którą czekał.
- System? - powtórzył Teodor pytająco, tym razem czując, jak słowo to wywołało w nim nową falę niepokoju. Co ono właściwie oznaczało?
- Miałeś nic nie mówić. - powtórzył Ignacy, zirytowany. Jego głos był twardy jak stal, nie chciał się ugiąć. - System jest jak nasz opiekun, bóg i kowal losu. Dla systemu twój status, bogactwo czy wygląd nie mają znaczenia. Przynajmniej tak to reklamują. - powiedział ironicznie, odwracając wzrok, jakby szukał pocieszenia w czymś poza pokojem. - Nadgarstek. - dodał, chwytając Teodora za prawą rękę.
Teodor spojrzał na niego, nie rozumiejąc. Zanim zdążył zapytać, Ignacy już obrócił rękę chłopca, szukając czegoś na jego nadgarstku. Jego wzrok był skupiony, jakby szukał czegoś, czego sam nie mógł znaleźć.
- Nie, nie ten. - Ignacy pokręcił głową, chwytając drugą rękę Teodora. Jego palce przesuwały się wzdłuż nadgarstka, szukając małych guzków, jakby dotykiem, ale wiedział dokładnie, czego szuka. - Zobacz. - Jego wzrok był utkwiony w żyłach, tworzących tajemnicze, niebieskawo-fioletowe okręgi. Jakby ktoś wyrzeźbił je w skórze, dodając elementy, których nie powinno tam być. Dwa okręgi, jeden w drugim. Jak rosyjskie matrioszki - jedna figurka kryła drugą. Ale w tym przypadku okręgów było cztery.
Teodor wstrzymał oddech, gdy zobaczył, o czym mówił Ignacy. Krążki na jego nadgarstku, małe, ale wyraźnie widoczne. Zatrzymał się na chwilę, wstrząśnięty odkryciem, a jego serce zabiło szybciej. Potem spojrzał na odwróconą dłoń Ignacego i zobaczył to samo. Cztery kręgi, idealnie pasujące do tych na jego własnym nadgarstku.
- Skąd to wzięliśmy? - zapytał, wciąż oszołomiony. Mimo że kręgi były małe, nie mógł zrozumieć, dlaczego nie zauważył ich wcześniej.
- Gaja. - Ignacy odpowiedział spokojnie, nie okazując zdziwienia, jakby to była codzienność. - System nazywa się Gaja. Poprzez geny w łańcuchach DNA decydują o naszej przydatności dla społeczeństwa. Dzieje się to, gdy jesteśmy jeszcze embrionami, w komórce. Wstrzykują do niej płyn, który sprawia, że stajemy się niebiescy. Ten płyn później tworzy okręgi na naszych nadgarstkach. Gdy się rodzimy, nasz kolor i kondycja normalizują się. Właściwie w szóstym miesiącu te zmiany zanikają. - dodał, jakby tłumacząc najprostszą rzecz na świecie.
- Bu... ale... - Teodor nie mógł wykrztusić słowa, wciąż nie do końca rozumiejąc. - Jak? Jak? Mam na myśli, jak kobieta w ciąży...?
- Ugh. - Ignacy zareagował szybko, unikając tematu jak ognia. - To znaczy... przepraszam, ale kobiety już nie rodzą. Nie są częścią procesu. Większość ludzi po prostu oddaje swoje komórki rozrodcze, a maszyna je pobiera i umieszcza w komorze. A potem maszyna monitoruje rozwój dziecka, obserwuje wszystkie procesy itd. - poprawił się, czując, że odchodzi od tematu. - Skąd ten pomysł? - zapytał, próbując wrócić do rozmowy.
- Nie wiem. - Teodor wzruszył ramionami, nie mogąc odpowiedzieć. - Może lubiłem czytać stare książki, więc może dlatego.
- No tak, może o to chodzi. - Ignacy spojrzał na niego, lekko zdezorientowany tym wszystkim. - W każdym razie kobiety nie rodzą od siedemdziesięciu, sześćdziesięciu lat. - dodał, jakby próbując tłumaczyć, choć nawet on czuł się niepewnie w tym temacie. - Wracając do sedna: możesz mieć maksymalnie pięć kółek na nadgarstku. I to nie zależy od statusu społecznego. Jeśli urodzisz się w rodzinie, w której każdy ma cztery kółka, to nie znaczy, że ty też będziesz. I odwrotnie. Rozumiesz? - zapytał, sprawdzając, czy Teodor nadąża.
Teodor skinął głową, choć wciąż nie był pewien, czy wszystko zrozumiał. Wiedział jednak, że nie będzie w stanie pojąć wszystkiego od razu. Ignacy kontynuował:
- Kiedy dziecko rodzi się w rodzinie, w której rodzice mają więcej kręgów niż dziecko, mogą zdecydować, czy chcą je wychowywać, czy nie. Jeśli tak, dziecko może zostać z nimi, dopóki nie rozpocznie własnej ścieżki. Jeśli nie, dziecko trafia do mniejszych sektorów, a także... - zatrzymał się, biorąc oddech. - Kręgi przypisują ci numer sektora. - powiedział powoli, chcąc się upewnić, że wszystko jest jasne. - Mamy cztery, więc jesteśmy w czwartym sektorze.
Teodor spojrzał na niego i nagle z jego ust wyszły słowa:
- Nulla?
- Ma pięć. - odpowiedział Ignacy, patrząc na niego spokojnie, choć coś w jego głosie zdradzało irytację. - Ale spokojnie, nie przejmuj się tym. Cztery i pięć to w zasadzie to samo, chodzi tylko o funkcje społeczne. Ci, którzy mają pięć kręgów, mogą, że tak powiem, więcej.
- Więcej? - zapytał Teodor, nie do końca rozumiejąc, co to właściwie znaczy.
- Jakie grzechy popełniłem, że utknąłem w tym samym miejscu? - rzucił niecierpliwie Ignacy, machając rękami, jakby chciał zakończyć temat.
- Po prostu to powiedz. - odpowiedział Teodor.
- Dobrze. - Ignacy skinął głową, pogardliwie patrząc na Teodora, jakby był najmniejszym zagrożeniem. - Mają wybór, ale zanim mi przerwiesz, pozwól mi dokończyć. - Jego ton jasno dawał do zrozumienia, że nie zamierzał oddawać się żadnym uprzedzeniom. - Wróćmy do kręgów, dobrze? - zapytał i chociaż Teodor był niechętny, skinął głową, wciąż próbując wszystko uporządkować w myślach. - Jeśli liczba kręgów maleje, użyteczność również maleje. Dzieci z mniej niż czterema kręgami mogą chodzić do szkoły tylko do osiągnięcia pełnoletności. Studia wyższe są dla nich zabronione. Dzieci z mniej niż dwoma kręgami lądują na marginesie społecznym. Te z jednym lub dwoma kręgami mogą chodzić do szkoły tylko do czternastego roku życia. Po tym okresie jest to zabronione. Są wysyłane do państwowych przedsiębiorstw pracy, gdzie przechodzą trzygodzinny test sprawnościowy. Na podstawie tego testu są przydzielane do odpowiednich prac. To samo dotyczy dzieci z trzema kręgami. Po osiągnięciu pełnoletniości mogą uczyć się jeszcze przez rok, jeśli system przydzieli im rolę urzędnika państwowego. - Ignacy wziął głęboki oddech, jakby próbując przyswoić sobie informacje, które tak dobrze znał. - U nas jest coś podobnego, z tą różnicą, że po teście sprawnościowym zostajemy przydzieleni do odpowiedniego kierunku studiów uniwersyteckich.
Teodor zamilkł, czując narastający w nim niepokój. Jego głos brzmiał dziwnie, jakby chciał sprawdzić, czy dobrze zrozumiał:
- Czyli nie mamy wyboru? - zapytał, choć nie czuł się już tak pewnie. - Wewnętrznie... Czuję, że mnie to nie dziwi. - pomyślał. Ta myśl wywołała w nim strach. - Zabijają niewinnych ludzi... - dodał w myślach, ale w tym momencie Ignacy przerwał mu, mówiąc za nim.
- Naszym wyborem jest Gaja. Ona zna nas najlepiej. - odpowiedział Ignacy z lekką irytacją, rzucając Teodorowi spojrzenie pełne znaczenia, które przypominało nutę ostrzeżenia. - Powinieneś tak mówić, gdy ktoś cię zapyta, rozumiesz?
- A co jeśli tego nie zrobię? - zapytał Teodor, czując, że jego serce zaczyna bić szybciej.
- W chwili, gdy zaczniesz się opierać, ukarzą cię. Potem wyślą cię na terapię. Jeśli to nie zadziała, sprawdzą twoje bezpieczeństwo i przydatność. Potem usuną twoje kółka, jeśli podadzą twój numer. - Ignacy spojrzał na niego lekceważąco, odwracając się w stronę drzwi. - Ludzie, którzy się opierają, zazwyczaj, jeśli nie zajmują wysokiego stanowiska, są natychmiast poddawani testom. A te testy prawie nigdy nie kończą się dobrze.
Teodor unikał wzroku Ignacego, zastanawiając się, ile prawdy jest w tych słowach.
- Ale pozycja w systemie nie ma znaczenia. - Teodor nie mógł zrozumieć, dlaczego, skoro cały ten system rzekomo opierał się na równych zasadach, Ignacy mówił o „usuwaniu" ludzi.
- To są ich slogany marketingowe. - Ignacy odpowiedział, jakby już go to nie obchodziło, jakby te słowa były równie fałszywe jak cała rzeczywistość. - Jesteś już wystarczająco stary, więc wiesz, że to, co ktoś mówi, nie zawsze jest prawdą. A już na pewno nie jest prawdą, gdy ktoś to powtarza w kółko, zmuszając innych do uwierzenia w to. - Zamilkł na chwilę, jakby myślał o czymś, co wciąż go dręczyło. - Pamiętaj, jesteś tylko studentem. To cud, że byłeś we frakcji przez dwa lata i jeszcze nie zostałeś otoczony. - powiedział spokojnie, jakby przypominając Teodorowi, że to on, Ignacy, nie zapomniał o rzeczywistości, nawet gdy było najtrudniej.
Teodor poczuł, jak ta myśl ściska mu gardło, a wspomnienie Nulli wypełniło jego umysł. Jej imię odbijało się echem w jego głowie, jak echo, które nie chciało ucichnąć.
- Nulla. - Jego głos zabrzmiał cicho, nieświadomie wypowiedział imię siostry, jakby nie mógł już wyrzucić jej z głowy.
- Ach, tak. - Ignacy westchnął, przerywając ciszę. - Osoby z pięcioma okręgami mogą wybrać swój zawód. Wybierają jeden z dwunastu dostępnych w formacie ankiety na papierze A4. - odpowiedział Ignacy.
Teodor w milczeniu obserwował swego rzekomego brata, dla którego te słowa były najnaturalniejszą rzeczą na świecie, podczas gdy napełniały go odrazą. Czuł się, jakby żył w zupełnie innym świecie, gdzie zasady podlegały zupełnie innym prawom. Jego wzrok nie spuszczał się z brata, który mówił o systemie, jakby omawiał pogodę.
- Nulla jeszcze się nie uczy, jeśli o to ci chodzi. - Ignacy przerwał ciszę, widząc, że jego brat nic nie mówi. - Ona jest nieletnia.
- Uczysz się po osiągnięciu dorosłości? - zapytał Teodor, choć jego pytanie brzmiało raczej jak próba zrozumienia bezsensownych reguł.
- Niezupełnie. - Ignacy pokręcił głową. - Dorosłość zaczyna się w wieku dwudziestu lat, a studia zaczynają się w wieku dziewiętnastu. - Dodał, jakby to było oczywiste i jasne. - Studiuję nanogenetyczną inżynierię budowlaną, a ty... Miałeś studiować, jeśli się nie mylę, medycynę fraktalną z inżynierią budowlaną.
- CO STUDIUJĘ?! - Teodor niemal zakrztusił się powietrzem. Słowa brata wstrząsnęły nim, jakby ujawniły jakąś ukrytą prawdę, której nie chciał zobaczyć.
- A nie mówiłem? - Ignacy wzruszył ramionami, patrząc na niego z lekkim zdziwieniem. - Od kiedy pamiętam, byłeś najlepszym uczniem z przedmiotów medycznych. Przechodziliśmy razem niemal wszystkie zajęcia, zawsze dostawałeś najwyższe oceny i wyróżnienia.
- Ja? - Teodor zapytał niepewnie, jakby w ogóle nie rozumiał, o czym mówi Ignacy. Ale jego brat potakująco skinął głową.
- Tak, ty. - Ignacy powiedział to tak, jakby nie było wątpliwości. - Gdyby teraz przeprowadzono test, wydaje mi się, że straciłbyś co najmniej dwa kółka. - Dodał, próbując rozbawić brata, ale Teodor poczuł się jeszcze gorzej. Strach zacisnął mu gardło. A co, jeśli naprawdę straci dwa kółka? A co, jeśli wtedy wszystko się skończy?
- Nie panikuj. - Ignacy zauważył jego panikę. - Przyniosę ci trochę rzeczy z mieszkania, książki, osobiste notatki. Może coś ci przypomni. - Wstał, kierując się w stronę drzwi. - Będzie dobrze, zobaczysz.
- Zostawiasz mnie?! - krzyknął Teodor, choć zaraz potem poczuł się bezradny, niezdolny do zrobienia czegokolwiek. Ignacy spojrzał na niego przez ramię.
- Czekali tylko, aż odejdę. - powiedział to Ignacy beznamiętnie, nie zatrzymując się. - A, i jeszcze jedno. - Opierając głowę o drzwi, dodał: - Nie zamieniaj się w psa.
- Jakiego psa?! - Teodor nie zrozumiał, o co mu chodziło.
- Człowiek bez kółek. - odpowiedział Ignacy ironicznym tonem, jakby to było coś, co nie wymagało wyjaśnień. Po czym zniknął za drzwiami.
Chwilę później do pokoju weszły dwie pielęgniarki, wyglądające identycznie. Były małe, bez ani jednego włosa, nawet brwi. Teodor przez chwilę się na nie gapił, próbując je zrozumieć. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to kobiety, ale gdyby nie ich kobiece kształty, prawdopodobnie nie zgadłby ich płci. Za nimi szedł lekarz. Jego skóra była tak stara, że wyglądał, jakby miał zaraz położyć się w grobie. Jednak jego ciało nie wyglądało na starsze niż trzydzieści lat. Wszystkie zmarszczki były mocno naciągnięte, a oczodoły głęboko zapadnięte. Mimo to mięśnie pod fartuchem sugerowały, że musi codziennie biegać co najmniej dwa maratony. Jego włosy były umazane żelem, tak bardzo, że wyglądały na sklejone, wyglądając na tłuste i oleiste. Teodor poczuł się trochę lepiej. Zauważył, że chociaż jego własne włosy również były skołtunione, nie było to jego wyborem. Dla niego był to po prostu efekt choroby. Uśmiechnął się w duchu. Lekarz zauważył ten mały gest i podszedł do niego, pochylając się nad łóżkiem. Teodor nagle poczuł się mały, jakby lekarz był olbrzymem.
- Jesteś gotowy? - zapytał doktor z obrzydliwym uśmiechem. Teodor zauważył, że wyciąga coś z lewego rękawa, ale zanim zdążył zaprotestować, igła już wbiła mu się w szyję.
Ból przeszył go jak porażenie prądem i szybko stracił przytomność. Upadł na łóżko, a jego umysł znów pogrążył się w ciemności.
If you like it, leave a comment ;) I'm counting on your opinions!